wt, 23 grudnia 2014

Bitwa o karpia

Blog Leszka Szmidtke

Zacznę od tęsknoty za młodością, chociaż w rzeczywistości będzie to powrót do podjętego już tematu. Kilka miesięcy temu pisałem o promocjach w sieciach Lidl oraz Biedronka. Czas przedświąteczny sprzyja takim powrotom. Nie tylko dlatego, że chętniej wspominamy jak to dawniej było. W przypadku niektórych można mówić wręcz o nałogu. Dla innych jest to inspiracja. Właśnie obejrzałem trailer „Lidl. Walka o karpia”, czyli film twórców „Biedronka. Wielkie otwarcie”, „Real. Przecena telewizora” oraz „Tesco. Drużyna schabu”.

Występuje (w trailerze rzecz jasna) Brad Pitt, a całość sprawiono niczym zapowiedź hollywoodzkich wysokobudżetowych filmów. Istotą są jednak dialogi oraz fragmenty kręcone w naszych sklepach. Chciałoby się rzec, że te 2,5 minuty są bardzo dynamiczne, ale która promocja w Lidlu lub Biedronce nie jest? Ponieważ swoistych relacji z kolejek sklepów wspomnianych sieci pojawiło się więcej można przeprowadzić coś co nazwę na swój użytek analizą społeczną.

We wspomnianym trailerze, jak i dokumentalnych filmikach główną rolę odgrywa tzw. świeży emeryt. Wprawdzie obecni są przedstawiciele wszystkich pokoleń, ale najczęściej widać osoby dojrzałe. Wręcz kipią energią, w czasie biegu zręcznie pokonują mniej lub bardziej przypadkowe przeszkody po to by przed innymi dopaść karpia. Nie zbrukają się jednak kupnem żywej ryby (przecież później ktoś musiałby ją zabić), a poza tym promocja dotyczy tylko filetów…

W biegu widać, że jeszcze rozmawiają przez telefony (szacun, nie każdy to potrafi) by na miejscu się przekonać, że kupić można jedynie kilka tuszek, płatów, opakowań, itp., czyli nie planowane 20, a jedynie 5 lub 10. Trzeba więc szybko podejmować decyzje i tu na szkolenie powinni przychodzić nie tyle wycieczki z ECS – u, co menedżerowie. Dopiero by zobaczyli co znaczy być operatywnym oraz podejmować decyzje pod presją. Na filmach widać, że zawodnicy są zadowoleni z siebie i że w ogóle wystartowali. To oznacza, że nie z biedy, a dla….. nie bardzo wiadomo dlaczego? Bo chcą być ważni, wygrani i szybcy? Ważni, bo podobnie jak w stanie wojennym spora część rodziny liczy na nich? Wygrani, bo oni kupią, a inni nie? Szybcy, bo jeszcze szybcy? Nie szydzę z rodaków. Możemy mówić o globalnym problemie.

Niedawno w USA był tzw. czarny piątek, czyli pierwszy piątek po ważnym dla Amerykanów Święcie Dziękczynienia. Przełom listopada i grudnia otwiera sezon przedświątecznych zakupów i dzieją się podobne sceny jak w naszych sieciowych dyskontach. W tym roku jedna z firm wypuściła z tej okazji ładnie opakowany Bullshit. Cena nie była wygórowana (6 $ za sztukę). Nikt nie chciał w to uwierzyć, ale całość (30 tys. sztuk) została błyskawicznie rozprzedana i wielu chętnych zostało z pustymi rękami. Później się cieszyli, gdy się okazało, że zawartość odpowiada opisowi na pudełku.

Nasi przedświąteczni kolejkowicze na takie testy nie są narażeni (może i szkoda), ale nie wszyscy się łapią na promocje. Po prostu gospodarka niedoboru i wszystko się dalej może kręcić. A może coś rzucą w Wigilię i wtedy ja będę najszybszy, a zaopatrując niemal całą rodziną zarazem najważniejszy? Jak 30 lat temu.  

Media

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież