pt, 30 stycznia 2015

Klient vs. bank

Blog Leszka Szmidtke
Klient vs. bank Fot. freeimages.com

Od razu zaznaczę, że nie mam kredytu w frankach, chociaż moi znajomi takowe posiadają. Nie będę się rozpisywał o kulisach wzięcia przez nich pożyczki, ale w większości przypadków byli "pod ścianą". To oznacza, że wezmą taki albo żaden.

Niestety istotą problemu jest nierówność teoretycznie dwóch równoprawnych stron. W przypadku każdego kredytu (także dla firm) banki stoją na uprzywilejowanej pozycji. Po szczegóły odsyłam np. tutaj: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132749,17302190.html i przy tej okazji warto przypomnieć tzw. opcje i zachowanie banków wobec firm. Owszem, postępowanie właścicieli oraz pracowników bywało karygodne (z opcji chcieli uczynić źródło zarobku), ale podobnie jak w przypadku kredytów frankowych, był ktoś, kto namawiał do takiego kroku. Ten ktoś często bywał pracownikiem banku. Jednak decyzje o uruchomieniu mechanizmu zapadały na szczeblu zarządu.

 

Bodaj jedynym bankiem lub jednym z nielicznych, które nie oferowały wspomnianych wielokrotnie kredytów był PKO S.A. Ówczesny szef Jan Krzysztof Bielecki musiał się gęsto tłumaczyć (nie tylko przed włoskimi właścicielami), dlaczego nie ma takiej pozycji w ofercie. Był to owczy pęd, ale nie było prawie nikogo, kto by wyjaśniał konsekwencje lub po prostu przestrzegał. Inna sprawa, czy pragnący kupić swoje pierwsze mieszkanie – najczęściej młodzi ludzie – chcieliby słuchać? Dziś takie rozważania nie mają już większego sensu – mleko się rozlało.

 

Rozpisuję się o postawach biorących i dających frankowe kredyty, a tymczasem powinna być jeszcze trzecia strona. Nie przypominam sobie, aby w latach 2005 – 2008 Komisja Nadzoru Finansowego ostrzegała potencjalnych kredytobiorców lub jakoś wpływała na banki. Trzeba przypomnieć, że między innymi po to powołano takie instytucje, aby "dmuchały na zimne", przewidywały konsekwencje i dbały o równowagę stron. Tymczasem równowagi w relacjach klient – bank nie ma. Jak wspomniałem, banki są w pozycji uprzywilejowanej. Nie jest to jedynie polska specjalność, ale rzadko ryzyko "obciąża" tak bardzo tylko jedną stronę. Tym bardziej, że w ciągu 20 lub 30 lat wiele się może zdarzyć.

 

Nieprawdą jest, że nikt nie ostrzegał o ryzyku. Słyszałem i czytałem, iż należy brać kredyt w walucie, w której się zarabia. To, że takie ostrzeżenia nie docierają do rozpalonych głów zaaferowanych perspektywą nabycia mieszkania, nie zwalnia państwa z obowiązku pilnowania równowagi. Po to został powołany KNF i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, żeby czytać np. umowy, które banki chcą przedkładać swoim klientom i reagować, kiedy jest na to pora.

 

Niewielu z kilkuset tysięcy „frankowiczów” rozumiało zawiłości umów kredytowych. Każdy z nas zna się (lepiej lub gorzej) na dziedzinie, którą się zajmuje w pracy zawodowej. Co z tego, że można przeczytać umowę kredytową przed podpisaniem w obecności nerwowo podrygującego pracownika banku (gdzieniegdzie ponoć nawet można ją zabrać do domu) skoro niewiele można zrozumieć z treści poszczególnych paragrafów. Banki, wbrew głoszonym czasami opiniom, nie są instytucjami zaufania publicznego lecz firmami nastawionymi na zysk (czasami bardzo pazernymi). Dlatego są potrzebne instytucje chroniące obywateli/klientów. W tym przypadku (tzw. kredytów frankowych) zawiodły, to jest najsmutniejszy wniosek.

 

Państwo, które ma nam pomagać i czasami nawet chronić coraz częściej zawodzi. Może na tym ten oraz wiele innych problemów polega, że żyjemy w państwie nie potrafiącym dbać o swoich obywateli. Owszem można się zdać na „niewidzialną rękę rynku”, ale wtedy będzie wiele ofiar i wtedy nie będą potrzebne KNF-y, UOKiK-i i inne instytucje utrzymywane z naszych podatków.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież