czw, 07 sierpnia 2014

O autostradzie A-1, bramkach i korkach słów kilka

Pół żartem, pół serio. Blog Tomasza Bojar-Fijałkowskiego

Od kilku dni, za sprawą korków i minister Bieńkowskiej, północny odcinek autostrady A-1 stał się przedmiotem zainteresowań, kpin, żartów i zazdrości całej Polski. Jako że mam do tej drogi stosunek własny i emocjonalny słów jej kilka poświęcę. Może w czymś doradzę? Może kogoś przekonam? Jak nie to przynajmniej wpiszę się w ogólnopolską dyskusję o bramkach, winietach i korkach!

Kiedy zaczynałem w roku 2004 pracę w gabinecie wojewody pomorskiego Jana Ryszarda Kurylczyka, przezywanego czasem „Janem Ryszardem A-1 Kurylczykiem” lub „ministrem jednej autostrady”, powstanie drogi łączącej północ i południe kraju było priorytetem całej administracji z wojewodą na czele. Dzięki wielkiemu zaangażowaniu mediów i przy wsparciu wszystkich chyba środowisk politycznych udało się i jeszcze zanim JRK został pierwszym zastępcą ministra infrastruktury w rządzie Belki (tak drogi czytelniku Marek Belka, znany dziś głównie jako autor podatku od dywidendy tzw. „podatku Belki” oraz tester kulinarny warszawskich restauracji był kiedyś szefem polskiego rządu) w Dworze Artusa podpisano umowę PPP na budowę i utrzymanie autostrady A-1 z Gdańska do Grudziądza. Byłem tam, miód i wino piłem ;-)

Pamiętam wciąż, choć pamięć ludzka jest zawodna, perypetie drugiego odcinka z Grudziądza do Torunia, których anty-bohaterem był następny minister Polaczek. Gdyby nie on pewnie szybciej połączono by dzisiejszą i przedwojenną stolicę Pomorza (czyli Toruń!). A tak przez pewien okres mieliśmy autostradę tylko do Grudziądza. Z tego okresu pochodzi dowcip jak to inni budują autostrady między największymi i najważniejszymi miastami: Berlin-Monachium, Paryż-Marsylia, Londyn-Edynburg, Nowy Jork-Los Angeles, a my Gdańsk-Grudziądz! Całe szczęście w końcu dojechaliśmy autostradą aż do Torunia, a nawet dalej.

Dziś kiedy jadę A-1 aż do Strykowa i dalej A-2 do Warszawy wspominam z nostalgią korki i setki chyba radarów na starej jedynce, upalne przedpołudnie kiedy w Swarożynie następowało wbicie pierwszej łopaty, czy problemy z wycinką drzew lub wykupem kolejnych domów w pasie technicznym budowanej drogi. Znam niektóre szczegóły i nie zawaham się ich użyć bo miałem też przyjemność pracować dla Gdańsk Transport Company S.A. czyli koncesjonariusza tej autostrady.

W końcu, poza częstą jazdą służbowo i prywatnie (czyli do teściów na Kujawy), miałem okazję sprawdzić bezpieczeństwo A-1 podczas kolizji drogowej prawie dokładnie rok temu. Całe szczęście nikomu nic się nie stało, a śmiem twierdzić że na innej drodze, zbudowanej w innym standardzie, mogłoby być niewesoło.

Dziś jest problem z korkami na bramkach w Toruniu, gdzie trzeba pobrać bilet na A-1 i w Rusocinie żeby zapłacić. Wiem, bo jadąc któryś w letnich weekendów do Warszawy (jaki szaleniec spędza letnie weekendy w Warszawie?!) policzyłem, że korek w Toruniu miał długość 10 km. O korkach na A-1 coś wiem nie tylko z obserwacji, bo 6 grudnia 2013 roku spędziłem na niej 8 godzin kiedy szalał huraganu Xawery, bez toalet, bez stacji benzynowej i innych luksusów, ale to był odcinek Generalnej Dyrekcji przed Kowalem.

Oczywiście przychylam się do głosów, że system winietowy byłby łatwiejszy dla użytkowników niż opłaty na bramkach. Pewnie korki byłyby mniejsze, choć nie znaczy, że w ogóle by ich nie było – to jest kwestia ilości przejazdów, nawet ograniczenie prędkości spowoduje zatory jak na wjeździe A-2 do Warszawy.

Chciałbym jednak zaproponować aby rozwiązanie ad hoc jakie zaproponował premier Tusk w sierpniu zastosować na stałe. Nie widzę wielu powodów, żeby ten odcinek autostrady A-1 w ogóle był płatny. Przecież na początku jej użytkowania przez dłuższy okres nie pobierano opłat. Na A-2 ze Strykowa do Warszawy nadal się nie pobiera tak jak na A-1 od Torunia do Strykowa, które wybudowała GDDKiA.

Mówiąc o opłatach na A-1 muszę wyjaśnić, że to co my kierowcy płacimy w Rusocinie nie trafia do koncesjonariusza czyli GTC S.A. ale do budżetu państwa. A budżet wypłaca, zgodnie z umową PPP, koncesjonariuszowi wynagrodzenia za wybudowanie i udostępnienie autostrady. Co ważne wynagrodzenie to jest stałe i nie zależy od ilości samochodów jakie przejechały po autostradzie. Stąd prosty wniosek, że rządowi powinno zależeć na tym aby jak najwięcej kierowców wybierało tą autostradę, bo koncesjonariusz i tak ma obowiązek ją na swój koszt reperować a na koniec umowy, chyba lat 30, oddać państwu w stanie w stanie pierwotnym. W interesie nas wszystkich jest aby autostradę tą zajeździć jak tylko się da, tym bardziej że okazała się ona bezpieczną i wygodną. A w interesie, ekonomicznym, koncesjonariusza jest aby zużycie było jak najmniejsze.

To w czyim interesie dział minister infrastruktury, transportu czy jak w danym miesiącu nazywał się ten resort, kiedy podnosił opłaty za przejazd, bo to minister a nie koncesjonariusz decyduje o koszcie przejazdu? W ekonomii zależność taką opisuje tzw. Krzywa Laffera. Tu przez zbyt wysokie opłatach zmniejszono nie tylko ilość użytkowników ale i maksymalne możliwe wpływy do budżetu.

Myślę, że wzorem A-1 od Torunia do Łodzi i A-2 z Łodzi do Warszawy nasz północny odcinek A-1 także powinien być bezpłatny, choć ma już miejsca postoju i stacje benzynowe których tam nie ma. Tym bardziej, że trwają podobno prace nad przepisami wprowadzającymi system winietowy, więc fakt niepobierania opłat na trasie z Torunia do Gdańsk w pewnym okresie czasu może tylko zmotywować legislatorów do szybszej pracy nad ustawą. Minusem takiego rozwiązania będzie jedynie to, że jedna z moich studentek pracująca dziś w poborze opłat w Rusocinie może stracić pracę – przepraszam Panią za te pomysły!

Szerokiej drogi ;-)   

 

Tomasz Bojar-Fijałkowski

Trochę rozbiegany: wychowany w Gdyni, związany z Sopotem i Gdańskiem, mieszka w gminie Kolbudy, pracuje w Warszawie i Bydgoszczy, a wypoczywa najchętniej w Kościerzynie. Nieco zapracowany: wykładowca, manager, członek rady programowej Radia Gdańsk, członek polskiej sekcji OECD, wcześniej urzędnik. Chyba nie najgorzej wykształcony: doktor prawa, magister zarządzania, absolwent szkoły średniej w USA. W rzadkich wolnych chwilach próbuje z żoną Moniką ogarnąć dom, ogród, kuchnię, bieganie, kolekcję 400 krawatów i wychowywać trojkę dzieci: Pati (8 lat), Maksia (6 lata) i Leo (3 lata). Ktoś trochę podobny do Ciebie.

Czytaj więcej: http://fijalkowski.radiogdansk.pl/index.php/blogerzy/tomasz-fijalkowski

Najnowsze od Tomasz Bojar-Fijałkowski

Więcej w tej kategorii: « 25-lecie SENATorium RP Ogórek, ogórek, ogórek zielony ma garniturek i czapkę i sandały, zielony, zielony jest cały, śpiewały przed laty Fasolki! »

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Powrót na górę