wt, 24 marca 2015

Prezydent na kadencję?

Listy, notatki, zdarzenia ulotne. Blog Wojciecha Fułka
Prezydent na kadencję? Fot. freeimaes.com

Jestem aktywnym samorządowcem od pierwszych demokratycznych wyborów w roku 1990. Nigdy nie należałem do żadnej partii – mimo wielokrotnych zachęt i namów. Pełniłem funkcje szeregowego radnego, szefa Komisji, Przewodniczącego Rady i Wiceprezydenta. 25 lat, spędzone w sopockim samorządzie to dla mnie – z jednej strony – fantastyczna przygoda, związana z codzienną pracą na rzecz mojego, ukochanego, rodzinnego miasta, z drugiej zaś – pole nieustających obserwacji i niezbyt w końcu optymistycznych konstatacji.

Zawłaszczenie samorządów przez polityków, będących zakładnikami macierzystych partii oraz skrajne upartyjnienie samorządowych struktur i mechanizmów – to niestety codzienność wielu polskich miast i gmin. To również grzech pierworodny lokalnej demokracji, oddanej na pastwę wielkiej polityki. Gdyby na początku tej drogi wbudowano w tworzony od podstaw nowy system pewne mechanizmy obronne, dziś samorządy byłyby na pewno znacznie zdrowsze i mniej podatne na wszelkie deformacje. Jednym z takich mechanizmów powinna być zdecydowanie kadencyjność samorządowych władz. I to zarówno na poziomie prezydentów, burmistrzów czy wójtów, jak i na poziomie zwykłych radnych. Wprowadzenie limitu np. dwóch kadencji , rozszerzonych do 5 lat dla prezydentów, a 3-4 dla radnych pozwoliłoby na stałą wymianę pokoleniową , dopływ nowej energii i oraz pomysłów i stworzyłoby naturalną barierę, chroniącą lokalną społeczność przed nieuchronną siecią wzajemnych uzależnień i „układów”. Jeśli system kadencyjności sprawdza się na poziomie Prezydenta RP, dlaczego nie przenieść tego demokratycznego wzorca do samorządu? I piszę te słowa z pełną świadomością, że decyzja taka wykluczyłaby możliwość ponownego kandydowania wielu aktywnym, zasłużonymi działaczom samorządowym.

 

Taka byłaby jednak cena większej przejrzystości, jawności i uzdrowienia samorządu z wielu bolączek oraz wynaturzeń. Bo czyż nie jest pewnym nieporozumieniem, że swoje funkcje - znacznie obniżając standardy życia publicznego – pełnią osoby z prokuratorskimi zarzutami? Takie przypadki mamy przecież na wyciągnięcie ręki w Gdańsku czy Sopocie, a np. w dużej gminnej wsi Przechlewo wybory wygrywa po raz kolejny wójt, przeciwko któremu toczy się postępowanie w sprawie jazdy pod wpływem alkoholu. A „bezradni radni” mogą się tylko temu biernie przyglądać. Kadencyjność nie zapobiegłaby oczywiście takim przypadkom, ale skutecznie ustawiłaby granicę 2 kolejnych kadencji – z pełną świadomością, że po tych latach dotychczas pełniący funkcje prezydentów, burmistrzów czy wójtów musieliby się odnaleźć w innych realiach zawodowych. Ale jestem przekonany, że perspektywa 8- 10 lat na tym stanowisku jest zupełnie wystarczająca do realizacji własnych pomysłów, a wprowadzenie takich zmian miałoby w dłuższej perspektywie zdecydowanie pozytywny wpływ na lokalną społeczność.

 

„Nie potrafiliśmy konsekwentnie przeprowadzić granicy pomiędzy stanowiskami politycznymi, a administracyjnymi, między stanowiskami z wyboru, a stanowiskami obsadzanymi na mocy kontraktów. A ta granica jest istotą demokracji” – stwierdza dziś, bijąc się we własne piersi, jeden z twórców reformy samorządowej sprzed ćwierćwiecza, prof. Jerzy Regulski. „ W efekcie jest u nas tak, że wójt jest politykiem z wyboru, jednocześnie stojącym na czele urzędu gminy. Łączy więc w swoim ręku siłę polityczną i administracyjną”. Co, jak się można domyślić, może prowadzić do tworzenia się niezbyt zdrowych relacji i zależności. Prof. Regulski uważa, że prezydent – zgodnie z duchem samorządu – powinien być organem wykonawczym podległym radzie.

 

Stwierdza też, że „dzisiaj rady sprawują taką kontrolę w bardzo ograniczony sposób i możliwości odwołania prezydenta przez radę są iluzoryczne”. I trudno się z nim nie zgodzić, choć uzdrowienie tego systemu widzi on w powrocie do wybierania burmistrzów i prezydentów przez rady oraz istotną zmianę administracyjną, w której na czele urzędu miasta powinien stać niezależny politycznie dyrektor, wyłaniany w drodze konkursu. To - w ogólnych zarysach – odwzorowanie samorządu angielskiego, gdzie Mayor pełni wyłącznie rolę dekoracyjną, oddając ster prowadzenia urzędu w ręce bezpartyjnego z założenia fachowca. Byłaby to – w polskich realiach – prawdziwa rewolucja i sądzę, że profesor nie znajdzie wśród posłów parlamentarnej większości zwolenników takiego pomysłu. A szkoda, bo zmiany w polskim samorządzie są wręcz niezbędne, choćby w związku z uaktywnieniem się ruchów obywatelskich. Zmiany te – jestem całkowicie przekonany – należałoby jednak zacząć od wprowadzenia kadencyjności, i to nie tylko na poziomie prezydentów i radnych, ale również w strukturach parlamentarnych. Tylko który z partyjnych posłów zagłosuje nad takim rozwiązaniem, skoro dla większości z nich jest to zajęcie zawodowe?

 

Może w kolejnej kadencji znajdą się jednak tacy odważni?

 

Wojciech Fułek

Wojciech Fułek

"Sopocianin od zawsze i na zawsze"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież