... fot. freeimages.com

Niestety, wszyscy jesteśmy częścią politycznego świata, choćbyśmy nawet tego nie chcieli i nie mogli się z tym pogodzić. Członków jakiejkolwiek partii jest w każdym społeczeństwie  zdecydowana mniejszość (tych aktywnych jest jeszcze mniej), choć to przecież  oni – w naszym imieniu – narzucają nie tylko ton publicznej debaty o Polsce, ale są parlamentarzystami, ministrami i ważnymi urzędnikami na różnych szczeblach administracyjnej hierarchii. Ba, trafiają też – niemal hurtowo – do różnych państwowych oraz samorządowych spółek i firm, bowiem ktoś tam nagle - "chce spróbować  swoich sił w biznesie”. Nawet najniższy szczebel samorządów został ewidentnie zawłaszczony przez partie  polityczne i jakoś nikt nie widzi w tym nic nagannego.

Uważam udział w każdych wyborach – i to powtarzam swoim dzieciom – za swój obywatelski obowiązek. Pójdę oczywiście  zagłosować i w najbliższą niedzielę, ale swoje decyzje  chciałbym zachować tylko dla siebie. Bo nic mnie ostatnio tak nie denerwuje, jak nachalna propaganda wyborcza – zarówna ta oficjalna, jak i ta  całkiem prywatna. Drażni mnie stronniczość większości dziennikarzy, których prywatne poglądy powinny być przecież ich tajemnicą, bowiem dla mnie najlepszy dziennikarz to taki, którego sympatii politycznych nie jesteśmy w stanie jednoznacznie zdiagnozować. Znacie takich?

Drażni mnie polityczne ADHD moich fejsbukowych i realnych znajomych, którzy zarzucają mnie memami, postami i mailami, bezrefleksyjnie agitującymi za jedną, drugą albo trzecią partią. Oczywiście - sam dałem Wam do tego prawo, skoro mam Was na swojej liście, ale błagam – zostawcie swoje opinie i przekonania dla siebie!

Nie „chcem”  uczestniczyć w tej nieustającej kampanii wyborczej, ale „muszem”, skoro jestem do tego zmuszany od dłuższego czasu. I tak naprawdę nie ma gdzie się schronić.  Doszło do tego, że jeden z najmilej ostatnio wspominanych wieczorów w naszym domu to ten, w którym doszło do wielogodzinnej awarii sieci elektrycznej. Siedzieliśmy  w zimnym salonie, otoczeni zapalonymi świeczkami, bez dostępu do internetu i zawzięcie dyskutowaliśmy o wszystkim, tylko nie o polityce. A ciemność szczęśliwie ukryła nawet uliczne plakaty. Niestety, wraz z usunięciem awarii zewnętrzny świat – realny i wirtualny – powrócił ze zdwojoną mocą.

           Oczywiście, można nie włączać telewizora (bo i tak większość moich rodaków go raczej „włancza”) czy nie korzystać z internetu, ale przed wyborczą uliczną agresją nie ma się już jak  chronić. Dlatego z entuzjazmem przyjmuję takie decyzje, jak gdyńskiego samorządu, aby uwolnić przestrzeń publiczną – słupy, ulice, lampy od wyborczych „szaszłyków” czy innych wątpliwych ozdób. Kiedy proponowałem jakiś czas temu podobne  rozwiązanie w Sopocie, lokalni  partyjni „aktywiści” zaatakowali ten pomysł jako atak na demokrację. Udało się w końcu spowodować uwolnienie od reklam sopockiego deptaka, ale to zdecydowanie za mało. Wystarczy przejechać się dziś główną arterią Trójmiasta – od Gdańska przez Sopot po Gdynię, aby przekonać się, że plakaty i  banery   wyborcze nie muszą wcale zawłaszczać naszej wspólnej przestrzeni i rozpraszać naszej uwagi.

wydaje się jednak, że na taką odważną decyzję może się zdecydować tylko ktoś, kto nie jest zakładnikiem żadnej z  partii. Oczywiście nie oznacza to, że wyborcze reklamy całkowicie zniknęły z naszych ulic, ale przynajmniej trochę uporządkowano (na razie tylko w Gdyni) ten ewidentny bałagan. Może w końcu za tym przykładem pójdą włodarze Gdańska i Sopotu?

Wojciech Fułek

"Sopocianin od zawsze i na zawsze"

Komentarze   

0 # Valentina 2017-07-29 18:16
Good post. I learn something totally new and challenging on websites I stumbleupon everyday.
It's always interesting to read through articles from other authors and practice something
from other websites.

Have a look at my web site ... foot pain gabapentin (richard7dale9. jimdo.com: richard7dale9.jimdo.com/.../.. .)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież