śr, 16 marca 2016

W oparach szczęścia

Listy, notatki, zdarzenia ulotne. Blog Wojciecha Fułka
W oparach szczęścia fot.Teatr Wybrzeże

Najnowsza premiera Teatru Wybrzeże to realizacja współczesnego (2008) dramatu holenderskiego duetu pisarza Charlesa den Tex i reżysera oraz scenarzysty Petera de Baan. Wzięli oni na swój artystyczny warsztat temat – wydawałoby się – dość już ograny, czyli trójkąt małżeński. Ten trójkąt tworzą pozornie szczęśliwa, doskonale rozumiejąca się para małżeńska (biznesman Tom i prawniczka Ellen) oraz ich najbliższa przyjaciółka Mara.

Ujawnione podczas towarzyskiego spotkania, skrywane do tej pory marzenie singielki Mary o dziecku wywołuje jednak istne trzęsienie ziemi , które nieodwracalnie odmieni losy ich wszystkich. I tak naprawdę cała trójka przeżyje wstrząs emocjonalny, po którym nic nie będzie już takie jak wcześniej. Małżeństwo nie okazuje się tak idealne i dopasowane, jak się im wydawało, Mara – choć zrealizuje swoje marzenie - będzie jeszcze bardziej samotna i nieszczęśliwa, a dziecko… No właśnie, nie chcę zdradzać finału tej misternej intrygi, pozostawiając ewentualnym widzom tego przedstawienia jej samodzielne odkrycie w końcowej scenie.

Z pewnością autorzy mieli bowiem zamiar zaskoczyć ich niespodziankę, która jest jednak do przewidzenia, choć pozostawia pewne (zaplanowane?) niedopowiedzenia. Sztuka jest nieźle skonstruowana i napisana, choć czasami drażni w dialogach dość nienaturalnym językiem. Cała aktorska trójka jest obecna na scenie nieprzerwanie przez 2 godziny , co na pewno jest sporym wyzwaniem. W tym wymiarze sprawdza się reżyserski koncept zamiany sceny na garderobę w krótkich antraktach pomiędzy kolejnymi scenami, podczas których aktorzy przebierają się na oczach widzów.

Całkowicie chybiony wydaje się jednak z kolei pomysł wypełnienia tych przerw wyjątkowo hałaśliwą muzyką, która – jak się domyślam – miała stanowić swoisty kontrapunkt dla kameralnych scen aktorskich. Moim zdaniem te powtarzane wielokrotnie mocne akcenty (zarówno muzyczne, jak i filmowe) nie tylko nie scalają tej teatralnej opowieści w jedną całość, co nawet wręcz ją rozbijają. Nie potrafię też spośród aktorów nikogo specjalnie wyróżnić, gdyż ich interpretacje poszczególnych postaci mnie osobiście nie przekonały na tyle, abym uwierzył w ich realność i szczerość.

Zarówno Marek Tynda, grający Toma jak i jego dwie partnerki - Małgorzata Brajner (Ellen), jak i Sylwia Góra-Weber (Mara) mają jednak w tym spektaklu chwile, które dowodzą, że można było stworzyć kreacje bardziej przekonywujące. Mam niedoparte wrażenie, że wpadli oni (nieświadomie?) w pułapkę interpretacyjną, narzucającą im pewien kanon gry tekstu współczesnego „współczesnymi” metodami. Nie wiem jednak, czy to kwestia samego tekstu, reżyserii czy też narzuconej (również hałaśliwą muzyką, scenografią czy strojami) stylistyki, ale w efekcie otrzymujemy spektakl, który przynajmniej moich oczekiwań jednak nie spełnił. Niemniej warto go jednak zobaczyć, żeby wyrobić sobie na ten temat własne zdanie.

-----------------------

„Pełnia szczęścia” („Volmaakt geluk”) , Charles den Tex i Peter de Baan, przekład: Małgorzata Semil, reżyseria: Adam Orzechowski, scenografia: Magdalena Gajewska, muzyka: Filip Kaniecki alias MNSL.

Wojciech Fułek

"Sopocianin od zawsze i na zawsze"

Więcej w tej kategorii: « Patriota

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież